Każdy rodzic pragnie zapewnić swojemu dziecku dobre, szczęśliwe życie. Dlatego też gdy (w którymś momencie swojego życia) pyta nas ono, kim ma zostać w przyszłości – staramy się mu wskazać, co będzie dla niego najlepsze. Może się też zdarzyć, że w skrajnych przypadkach zdecydujemy za nie – dla jego dobra. Nasze starania, w każdej formie, wynikają z miłości. Najzwyczajniej w świecie chcemy, by nasze dziecko wyszło w życiu na ludzi.

Jednak, czy gdybyśmy mieli 100%-ową pewność, że poradzi sobie ono bez względu na to, kim zostanie- to czy równie mocno zabiegalibyśmy, by słuchało naszych wskazówek przy wyborze studiów i zawodu?

W 1921 roku Alexander S. Neil założył w Wielkiej Brytanii szkołę Summerhill. Jednak nie była to zwyczajna szkoła. W szkole dawano uczniom (w wieku od 5 do 17 lat) dwie rzeczy, których często dotąd nie otrzymywały: wolność i bezwarunkową akceptację. Do szkoły przysyłano głównie dzieci, z którymi nie mogły poradzić sobie inne placówki. Zaś w Summerhill działy się z nimi rzeczy niezwykłe: ktoś, kto kradł, przestawał kraść; ktoś, kto był agresywny, przestawał taki być; ktoś, kto nie chciał się uczyć, stawał się pilny. I tu dochodzimy do sedna.

Poza akceptacją (inaczej bezwarunkową miłością) ze strony kadry, każdy uczeń (nawet najmłodszy) otrzymywał całkowitą wolność jeśli chodzi o uczestnictwo w lekcjach. Zdarzało się, że ktoś przez cały pobyt w szkole nie był na żadnej lekcji. Jednak częściej po kilku tygodniach lub miesiącach słodkiego nieróbstwa i aktywności jedynie pozalekcyjnej, dziecko zaczynało interesować się zajęciami lekcyjnymi. Ale – tu proszę o uwagę – samo wybierało na które chce chodzić. Bez żadnej presji, bez przymuszania.

Taki system powodował – szkoła powstała prawie 100 lat temu – i nawet teraz powoduje w nas zdziwienie i poruszenie. „Ale jak takie dziecko poradzi sobie w życiu?” Okazuje się, że absolwenci Summerhill doskonale radzili sobie po opuszczeniu murów szkoły. Byli dużo bardziej pewni siebie, bardziej zmotywowani do pracy, którą sobie wybrali i odnosili liczne sukcesy wiodąc szczęśliwe i spełnione życie.

Roztaczając przed Państwem historię Summerhill, pragnę zwrócić uwagę na jeden, kluczowy dla naszych rozważań czynnik – wolność. Z dzieckiem jest tak, że naturalnie interesują je pewne obszary, a inne są mu totalnie obojętne. Jeśli uwierzymy, że sobie poradzi, jeśli zaakceptujemy je takie jakie jest – rozwinie się w swoim tempie, w obszarach, który naturalnie z nim współgrają. Jeśli jednak nie wierzymy w nie, może okazać się, że mamy tendencje do wywierania na nim presji: jako ten, który wie lepiej,  jako ten, który przeżył więcej, jako ten, który przecież chce dla niego dobrze.

Stąd moja sugestia – jeśli nie pokładamy w naszym dziecku tyle zaufania, by pozwolić mu robić to, co sobie w życiu wybierze (bez względu na to, co to będzie) – nie wysyłajmy go na warsztaty, które pozwolą mu to odkryć.

Jeśli jednak wierzymy w nie, wiemy, że poradzi sobie w życiu – to zajęcia, na których uświadomi sobie jakie jest jego powołanie i znajdzie w sobie siłę, by za nim podążyć – będą najlepszą inwestycją w jego przyszłość.

Takiej odwagi nam wszystkim – Państwu i sobie – życzę.

Arkadiusz Nepelski